Nad Akką powoli zachodziło słońce. Miasto niedawno opanowane przez krzyżowców szykowało się do snu. Pamiętam to dobrze, zachodzące słońce rzucało ostatnie promienie na miasto i wspaniałą latarnię morską. Ten wspaniały widok zakłócały tylko budynki zniszczone w czasie oblężenia miasta. Ach! Akka! Miasto wyglądało na spokojne i z drobnymi wyjątkami nawet szczęśliwe. Nic nie zapowiadało tego co miało się zdarzyć, co JA miałem zrobić. W myślach powtóżyłem plan, był aż niebezpiecznie prosty: miałem się wmieszać w tłum i przecisnąć się do przodu w czasie egzekucji a potem zabić kata. Kata? Nie był tylko nim to on oskarżał ludzi o zdradę, to on ich zabijał, to ON fabrykował dowody i przekupywał świadków a w dodatku to wszystko go BAWIŁO! Nie miałem wątpliwości że ten człowiek był zły do szpiku kości ale zastaniawiało mnie jedno: Dlaczego? Dlaczego zabijał akurat ich, przecież byli to tacy sami mieszkańcy miasta jak setki, tysiące innych. Tego musiałem się dowiedzieć. Wspiąłem się na dach niewielkiego piętrowego budynku i rozejżałem się po okolicy. Ta dzielnica nie ucierpiała mocno w czasie oblężenia ale i tak kilka budynków stało zniszczonych lub spalonych, słońce już zaszło pogrążając świat w ciemności, na północ majaczył zarys wielkiej fortecy wzniesionej przez europejczyków to tam pewnie noc spędzał Robert de Montbard - mój cel. Był moim ostatnim celem z 10 krzyżowców odpowiedzialnych za gwałty, przemoc i zniszczenie Ziemi Świętej. Kiedy od strony morza zawiał silny i zimny wiatr wstałem i szybko zeskoczyłem z domu, cicho spadając na ziemię. Wszedłem do domu, wewnątrz było ciepło i dość jasno. Siedzący przy niewielkim stole człowiek nieznacznie uniósł głowę z nad czytanego pergaminu i nieodrywając wzroku od pisma mruknął "Pokój i bezpieczeństwo z tobą Altairze, rozgość się". Po krótkiej rozmowie z gospodarzem udałem się na piętro, do swojego pokoju. Był mały, mieściło się tam łóżko i mały stolik ale nie potrzebowałem nic więcej. Szybko rozebrałem się i położyłem spać choć nie wierzyłem że zasnę ale nareszcie kilka godzin przed świtem zasnąłem. Obudziłem się wypoczęty i gotów do działania. Sprawdziłem swój ekwipunek: ukryte ostrze wysuwało się szybko i niemal bezgłośnie, miecz był ostry jak nigdy a niewielka kusza naciągnięta. Ja sam byłem podniecony, znów miałem zabić! Idąc przez ulice miasta minąłem zniszczony meczet. Wreszcie dotarłem na plac na którym miała się odbyć egzekucja tłum otoczył podest z którego przemawiał Robert, za nim przywiązani do słupów stali czterej skazańcy. Trzej osobiści strażnicy Mountbarda stali w pewnej odległości od niego. To była odpowiednia chwila - powoli przepchnąłem się przez tłum aż do skraju podium, wtedy Robert zorientował się co się dzieje i zaalarmował strażników ale nie mogli się ze mną równać. Pierwszy zginął od bełtu, drugi od ciosu okutej końcówki łuczyska a trzeci uciekł. Stało się to tak szybko że Robert nawet nie zdążył wyciągnąć miecza, szybko powaliłem go na ziemię ale wstrzymałem ostrze."Dlczego oni?" zapytałem a on roześmiał się "Nie widzisz tego? To buntownicy, zdrajcy, ich słowa ranią tak samo jak stal. Wszystko co robiłem robiłem dla Akki! Zabij mnie jeśli musisz to niczego nie zmieni". Zgodnie z jego życzeniem zatopiłem ostrze w jego szyi. Zeskoczyłem z podium i pobiegłem w stronę bramy. Za sobą słyszałem gniewne krzyki: "Zabójca", "Morderca", "Wichrzyciel" ale nie zwracałem na nie większej uwagi, nie jestem żadnym z nich, jestem ASSASYNEM.